Harpagan 29-Sierakowice- 15-17.04.2005 |
![]() |
Harpagan - czyli Ekstremalny Rajd na Orientację, w którym celem uczestników jest pokonanie dystansu 100 km w ciągu 24 godzin.
Tak naprawdę ja odczułam, że zbliża się Harpagan około 2 miesięcy wcześniej. Robert opracował sobie jakiś system przygotowań i 3 razy w tygodniu wieczorami był "poza zasięgiem" - biegał. Czasem widziałam jak mu się nie chce, ale zakładał swój sprawdzony strój i ruszał w drogę. Powiedział sobie, że jak się nie przygotuje to nie startuje. Czasami kusiłam go na różne sposoby, żeby sobie raz odpuścił ale dopiero teraz cieszę się, że mi nie uległ.
Zobaczyłam jak się pakował: kilkanaście paczek sezamków, groszki, kilka snickersów i innych batoników, jakieś drożdżówki - aż mi się słodko zrobiło od samego patrzenia. Inne rzeczy już nie zrobiły na mnie takiego wrażenia. Lampa czołowa, akumulator, 2 komplety baterii, żarówka, latarka podręczna, 2 kompasy itp., większość rzeczy x 2, na wszelki wypadek. Tym sposobem plecak, w którym miał marszo-biegać ważył 6 kg. Pocieszające było to, że im bliżej mety tym będzie lżejszy.
Wcześniej ustaliliśmy, że ja z naszym 4 miesięcznym synkiem będziemy kibicować Robertowi i pojedziemy razem samochodem do Sierakowic, odstawimy go do bazy imprezy, a później zajmiemy się agro - wczasowaniem w pobliskiej Kamienicy Królewskiej.
Wyobraźcie sobie około 6 godzin spędzonych w samochodzie, z czego większość za kółkiem, a resztę na tylnym siedzeniu zabawiając niemowlaka, pomijam już łamigłówkę jak zmieścić "niezbędnik" malucha do samochodu - to dopiero był relaks przed imprezą.
Pół godziny przed startem, około 20:30 nie padało i wbrew temu, co przewidywały różne serwisy pogodowe zapowiadała się całkiem ciepła noc. Robert zjadł lekki posiłek, złożony min. z kiełbasy i był gotowy do startu. Planował ukończyć setkę około 17:00 i znaleźć się w pierwszej 5. Chciał poprawić swoje 6 miejsce z Harpagana 25. Mi zależało, żeby cało i zdrowo dotarł do mety, ale liczyłam po cichu, że zrobi to w pierwszej 10.
I Pętla (nocna)
Z późniejszej relacji Roberta wiem, że już na PK2 zwrócił pożywne jedzonko i przez resztę drogi nie mógł nawet myśleć o swoim zapasie słodyczy, więc chociaż dużo pił. Chyba nawet zapomniał o jedzeniu, tak był zajęty uciekaniem przed "Rzeźnikiem" z OTK Warszawa.
Z PK5 na PK6 postanowił sobie skrócić drogę i iść na azymut między jeziorami. Na forum Harpagana przeczytałam, że część uczestników, którzy wybrali ten sam wariant zachwycało się widokami po drodze. Robert twierdzi, że nic ciekawego nie widział, ponieważ pokonywał tą trasę jak jeszcze było ciemno, mglisto i przez to bagnisto. No może tylko zauważył a raczej odczuł liczne pagórki, które z kilometra na kilomert stawały się bardziej uciążliwe.
Osłabiony pokonywaniem ich i dolegliwościami żołądkowymi padł po raz pierwszy w okolicy PK 6 na zroszoną trawę. To go trochę orzeźwiło i zdołał się podnieść, straci jednak kilkanaście minut.
Nad ranem udało mu się kupić banany i pożywiony o 6:58 dotarł na półmetek jako 13. Odpoczął trochę i z nowymi siłami ruszył zdobywać kolejne punkty.
II Pętla (dzienna)
Przyznał się, że w drodze na PK12 w Sulęczynie padł po raz drugi, a przed PK14 za Gawidlinem po raz trzeci, ale w obydwu przypadkach po pewnym czasie... obudził się, pozbierał i potruchtał dalej. Teraz się dziwi, że nie przespał imprezy.
Przed PK 12 w Suchej urzeczony krajobrazem zatrzymał się na skromny posiłek, małą bułeczkę. Zabrakło mu jednak wody. Na szczęście z pomocą przyszły mu miejscowe dzieci i przyniosły zapas na reszte drogi, w podziękowaniu dostały słodycze.
Przez całą trasę szedł lub truchtał sam, co jakiś czas jednak doganiali go Czesi. W ich gronie była kobieta. Robert był pełen uznania dla jej świetnej kondycji i myślę, że to też mobilizowało go do walki. W rezultacje wyprzedził ich o 12 minut.
Mówiąc w wielkim skrócie, zdaniem Roberta: mapa (1: 50 000, czarno-biała) była w miarę aktualna, punkty (15 + meta)do odnalezienia, buty nie przemokły i nie rozleciały się, pogoda dopisała, tylko dystans 100 km dłużył się potwornie w pojedynkę. Ale dotarł. O 17:24 przekroczył metę pokonując 100 km + 10 km, które nadłożył, w czasie 20 godzin i 24 minuty co dało mu 9 miejsce. Wynik ten przyjął jednak bez entuzjazmu, bo czuł, że 5, 6 miejsce mogło być w jego zasięgu. Wyprzedził go min. z edycji na edycje coraz lepszy Piotr Buciak ze stolicy.
Szczególnie cieszy mnie to, że z 52 osób, które ukończyły 100 km aż 15 było z Warszawy. A wśród nich oprócz Roberta i Piotra jeszcze inni inowcy: Anna Trykozko, Leszek Herman-Iżycki, Roman Pietrzak - brawo!!.
Jeśli Robert zdecyduje się na udział w następnej imprezie tego typu, to myślę, że będę go wspierać w przygotowaniach. W końcu to też jest w moim interesie, żeby szybko wrócił do formy, a po tym Harpaganie wziął prysznic, najadł się, przespał i na drugi dzień wszelka niedyspozycja minęła.
Oglądałam listy startowe z kilku ostatnich edycji Harpagana. Widać tam pewną prawidłowość - ci, którzy choć raz zmierzyli się z nim, wracają. Co ich ciągnie? Przygoda, chęć pokonania własnych słabości, poprawienie swojego wyniku, specyficzna atmosfera a może wszystko na raz.
Ich celem jest zostać Harpaganem. Pokonać 100 km w ciągu doby. I choć sztuka ta udaje się zaledwie około 10% uczestników, to wierzą, że i oni są w stanie to zrobić. Czasem brakuje im 40 km, a czasem zaledwie 4 km i kończy się czas. Startują, więc po raz drugi, trzeci, czwarty... Tym, którym udało się tym razem, gratuluję.
Łączy ich jedno, chęć przezwyciężenia samych siebie. Podziwiam ich za to i choć sama może nie zdecyduję się na udział w tym naprawdę ekstremalnym rajdzie, cieszę się, że chociaż mogłam być w pobliżu.
19 kwietnia 2005
uczestnik: Robert Kamela
opisała: Ania Tybuś-Kamela